Grupa mistrzowska: czy błąd sędziego Gila zadecyduje o mistrzostwie?
Pomimo rozegrania wczoraj czterech meczów grupy mistrzowskiej, wszyscy pamiętają tak naprawdę tylko o jednym - Legii z Jagiellonią i błędzie sędziego Pawła Gila w 98. minucie meczu.
Wszyscy mówią dziś tylko o tym: Legii niesłusznie przyznano rzut karny w ostatnich sekundach spotkania za zagranie ręką w polu karnym zawodnika Jagiellonii. Kontrowersja wiąże się z tym, że przewinieniem jest "intencjonalne" zagranie ręką, podczasy gdy w tym wypadku zagranie nie było zamierzone. Łukasz Broź nastrzelił swojego rywala. Co więcej, piłka powędrowała dalej i trafiła do piłkarza Legii, który nie wykorzystał dogodnej okazji i trafił - zamiast do bramki - w golkipera białostoczan. Ciekawostką jest fakt, że sędzia główny, wspomniany Paweł Gil, początkowo nie odgwizdał przewinienia, a dopiero kilka chwil później zasugerował się podpowiedzią swojego asystenta - jak się wydaję, niesłuszną. Legioniści oczywiście wykorzystali szansę, którą dostali od losu, a po końcowym gwizdku rozgorzała awantura.
Szczerze mówiąc, nie dziwię się zupełnie nerwom, które ponosiły Michała Probierza (mówił, ze po powrocie pier****ie whisky) oraz piłkarzy Jagi. Przez cały mecz dzielnie walczyli, dobry wynik mając w kieszeni, a zostali z niego okradzeni. Trochę przesadzają natomiast w argumentacji, że minutę wcześniej należał się im rzut karny za faul na Przemysławie Frankowskim. W tej sytuacji, choć był ewidentny kontakt pomiędzy Bereszyńskim a Frankowskim, nie powinno być mowy o "jedenastce", bo ten drugi upadając dodał sporo od siebie. Tak naprawdę po kopnięciu przez legionistę nie stracił równowagi.
Dzięki temu kontrowersyjnemy zwycięstwu Legia nadal ma tylko punkt straty do Lecha, który ograł efektownie i bez problemów Śląsk 3-0. Koncert gry dał krytykowany przed meczem przez swojego trenera Szymon Pawłowski, notując 2 gole i asystę.
Rozpędzona Lechia wygrała w Zabrzu 1-0 i awansowała na 4 miejsce w tabeli, wyprzedzając Wisłę, która frajersko dała sobie wydrzeć zwycięstwo w 93 minucie za sprawą Rafała Murawskiego i zremisowała z Pogonią 2-2. To już trzeci taki mezc pod wodzą Kazimierza Moskala, w którym "Biała Gwiazda" remisuje 2-2, tracąc bramkę w doliczonym czasie gry. Nie wiem, skąd ten brak koncentracji i gapiostwo w ostatnich minutach, ale kosztuje to krakowian bardzo wiele. Gdyby wczoraj wygrali, to przy remisie Legii z Jagiellonią zrównaliby się punktami z tymi zespołami. A przy zwycięstwie Legii, Wisła awansowałaby na trzecie miejsce. Wystarczyło dowieźć zwycięstwo do końca.
Na ostatni akapit tego wpisu zostawiłem sobie to, co w zamieszaniu z karnym dla Legii jest najgorsze, ale i najbardziej interesujące. Gdyby mecz w Warszawie zakończył się remisem, przewaga Lecha wynosiłaby 3 punkty i poznaniacy mogliby przystąpić do następnego meczu na większym luzie. W najbliższej weekendowej kolejce Lech jedzie do Gdańska, by zagrać z rozpędzoną Lechią, a przy jednym oczku ma nóż na gardle. Dodatkowo, Legia, choć gra na wyjeździe, zagra jednak z najsłabszą drużyną grupy mistrzowskiej, czyli z Pogonią. Błędy sędziowskie się zdarzają, ale są do przełknięcia, gdy zdarzają się rzadko i wypaczają wyniki tylko pojedynczych meczów. W tym przypadku może się zdarzyć, że dzięki sędziowskiej "pomocy" Legii w meczach z Jagiellonią i Śląskiem, tytuł mistrzowski trafi do drużyny, która na niego nie zasłużyła.

0 komentarze:
Prześlij komentarz