Legia z Pucharem Polski

Ponad 45 tysięcy widzów, oprawa godna finałów rozgywek pucharowych w najlepszych piłkarsko krajach, dwie zupełnie różne połowy i - koniec końców - zwycięstwo Legii w decydującej rozgrywce o Puchar Polski.


Przed wyborami na prezesa PZPN-u w 2012 roku Zbigniew Boniek postawił sobie za cel "wskrzeszenie" Pucharu Polski, który do niedawna traktowany był jako zawody dla rezerw klubów Ekstraklasy. Po wyborach okazało się, że jednak da się przywrócić prestiż tym rozrywkom, przenosząc finał na Stadion Narodowy, ustalając, że będzie on rozgrywany w Święto Flagi Narodowej, finansując oprawę telewizyjną i wyższe nagordy finansowe dla zwycięzcy.  Efekty było widać juz rok temu, nawet jeśli Zawisza Bydgoszcz i Zagłębie Lubin to nie był wymarzony zestaw finalistów. W tym roku czekał nas creme de la creme polskiej piłki, czyli potyczka dwóch najmocniejszych i najrozsądniej budowanych drużyn - Legii i Lecha. 

Oprawa była przednia, kibice obu drużyn stanęli na wysokości zadania (jak na razie wiemy, że przynajmniej podczas meczu) a Legia i Lech rozegrały przedostatni mecz między sobą w tym sezonie, który choć miał wymierną stawkę, to i tak był tyko preludium przed meczem ligowym, który może rozstrzygnąć o tym, kto zdobędzie mistrzostwo. Tylko murawa odstawała od wysokiego poziomu organizacji tego wydarzenia.

Legia ostatecznie - choć nie bez kłopotów - dziś wygrała, zdobyła Puchar Polski i psychologiczną przewagę przed meczem ligowym, jednak pierwsza połowa wskazywała na zupełnie odwrotne rozstrzygnięcie.W pierwszej połowie Kolejorz miał zdecydowaną przewagę i podopieczni Henninga Berga powinni dziękować Bogu i Zaurowi Sadajewowi za nieskuteczność Czeczena i jego kompanów. Sam Sadajew mógł strzelić przynajmniej 2 bramki i choć grał dobrze, to może się okazać, że dzisiejszą nieskutecznością podpisał na siebie wyrok, przez który słynny komitet transferowy Lecha zadecyduje sie nie wykupić go po zakończonym sezonie z Tereka Grozny. 
Mimo początkowego prowadzenia i wyraźnej przewagi, poznaniacy bardzo szybko wypuścili je z rąk, głównie za sprawą Macieja Gostomskiego, który przy rzucie rożnym wyszedł z bramki "na grzyby", dzięki czemu Jodłowiec strzelił swoją drugą - po samobójczej - bramkę. To nie był pierwszy i ostatni błąd golkipera Kolejorza w tym meczu, więc okazało się, że oprócz napastnika lechici będą musieli latem zainwestować w sprowadzenie bramkarza, bo Gostomski nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa w bramce w ważnych meczach.
Mimo tej jakże frajerskiej utraty prowadzenia, poznaniacy i tak dominowali w pierwszej połowie, wchodząc przez środek pola pod bramkę Kuciaka jak w masło. Jakże odmienny był obraz drugiej połowy, na którą Jodłowiec i Vrdoljak wyszli, jakby w szatni zjedli słynne "wiaderko witamin" Kazimierza Węgrzyna. Obaj rządzili i dzielili w środku pola a Lech nie miał już nic do powiedzenia. Po golu Saganowskiego wydawało się, że już nikt nie odbierze Legii zwycięstwa i istotnie tak się stało. W końcówce jeszcze Barry Douglas znokautował łokciem w walce o górną piłkę Michała Żyro i po czerwonej kartce dla Szkota zwycięzca mogł być tylko jeden.

Jednak jeszcze przed czerwoną kartką zastanawiające było zachowanie Macieja Skorży. Trener Lecha chyba nadal nie pozbył się zachowawczości, którą prezentował, będąc trenerem Wisły i Legii. W momencie, gdy tylko zmasowany atak mógł przynieśc wyrównanie, Skorża zamiast wprowadzić zawodników ofensywnch za defenysywnych, zmienił Pawłowskiego na Keitę (skrzydłowy za skrzydłowego) i Linetty'ego na Jevticia (środkowy pomocnik za środkowego pomocnika). Efekt mógł być tylko jeden - gra Lecha nie uległa zmianie.

Trudno powiedzieć, czy Legia zasłużyła na zwycięstwo. Pewnie tak, skoro oba zespoły zanotowały pojednej słabej i jednej dobrej połowie. Niemniej jednak ciągle widać, że legioniści po odejściu Radovicia nie są tą samą drużyną, co z Serbem w składzie. Zresztą, jeśli nic się nie zmieni, to będzie to widoczne także latem i jesienią w europejskich pucharach.

Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz