Lechia - Wisła 2-2. Mecz o trzecie miejsce bez rozstrzygnięcia
32. kolejkę Ekstraklasy otwierały dziś dwa mecze: o godz. 18 Zawisza Bydgoszcz podejmował Koronę Kielcę, a następnie w Gdańsku zmierzyły się miejscowa Lechia z Wisłą Kraków.
Jako że koniec sezonu zbliża się wielkimi krokami, oba mecze były ważne. Jednak ich ciężar gatunkowy był zupełnie inny - z jednej strony Zawisza walczył o to, by po trzech porażkach z rzędu wrócił na zwycięskie tory i dalej walczyć o utrzymanie, a z drugiej strony w Gdańsku Lechia z Wisłą biły się o to, kto - przynajmniej na chwilę - znajdzie się na najniższym stropniu podium w ligowej tabeli.
Podopieczni Mariusza Rumaka odnieśli dziś sukces, wygrywając 3-1 z gości z Kielc i w końcu pozbywając się "czerwonej latarni", przekazując ją GKS-owi Bełchatów, który to przynajmniej do jutrzejszego meczu z Podbeskidziem zajmuje ostatnie miejsce.
W Gdańsku mecz zakończył się remisem, co spowodowało, że Wisła tylko zrównała się punktami z trzecią w tabeli Jagiellonią, a Lechia pozostała na piątym miejscu.
Pierwsza połowa była senna, a w przypadku krakowian najlepiej opisał ją Rafał Boguski, który w pomeczowym wywiadzie stwierdził, że ich gra wygladała tak, jakby dojechali dopiero na drugą połowę. Sam Boguski był główną postacią drugiej połowy, ale o tym za chwilę. W pierwszej części gry wydarzyło się niewiele ciekawego. Właściwie gdyby nie gol Makuszewskigo po fatalnym kiskie obrońców Wisły (do spółki Boguskiego z Sadlokiem), to nie byłoby o czym pisać. Wisła "nie dojechała", a Lechia nie zachwycała. Na drugą połowe goście wyszli juz jednak odmienieni, co przyczyniło się do rozruszania tego spotkania. Po wyrównującym - i pięknym - golu Boguskiego w 60. minucie rozpoczęła się jazda bez trzymanki, która z każdą minutą przybierała na sile.
Dziewięc minut później świetnym, sytuacyjnym strzałem piętą popisał się Barrientos (asysta Boguskiego), który zapisał się czymś pozytywnym w pamięci kibiców Wisły chyba dopiero po raz pierwszy odkąd przybył w zimie do klubu. Gdy wydawało się, że goście już na dobre dominowali gdańszczan, Maciej Jankowski nie upilnował w polu karnym Kevina Friesenbichlera, który po rzucie rożnym skierował głową piłkę do siatki. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że Austriak ustalił tym samym wynik meczu i chyba też niewiele osób spodziewało się tego, bo tempo meczu stało się zawrotne, a kontratak gonił kontratak. Zwieńczeniem tego były "tylko": poprzeczka po strzale Stilicia oraz strzał Jovicia, który minimalnie minął "okienko" bramki Lechii.
Obie drużyny mają prawo odczuwać niedosyt po tym remisie, bo każda z nich w pewnym momencie prowadziła i była bliżej końcowego zwycięstwa. Jeśli jednak spojrzeć na to przez pryzmat faktu, że do gospodarzy należała pierwsza połowa, a do gości druga, to remis wydaje się być sprawiedliwym.
Teraz czas na indywidualne wyróżnienia. O Boguskim była już mowa, natomiast moim zdaniem był w zespole Wisły (i chyba nie tylko) ktoś lepszy. Mianowicie, Boban Jović. Słoweniec wydaje się rozkręcać w Ekstraklasie. Dziś zanotował asystę i ogólnie chyba najlepszy występ do tej pory. Ci, którzy psioczyli na fakt, że słoweński prawy obrońca wygryza ze składu notującego dobry sezon Burligę, muszą powoli zmienić zdanie na jego temat. Jović jest lepszy technicznie, mniej chaotyczny i ma lepsze dośrodkowanie i strzał z dystansu. Będą jeszcze z niego ludzie.
Słowo jeszcze o Barrientosie, który zaliczył dziś bardzo efektowaną bramkę. Komentatorzy rozpływali się dziś nad jego grą, od momentu wejścia na boisko w przerwie. Szczególnie miało to miejsce po golu. Nie da się jednak nie zauważyć, że Urugwajczyk przesadza z efekciarstwem, przedkładając sztuczki techniczne nad grą zespołu. Pół biedy, jeśli te sztuczki byłyby udane. Najczęściej jednak po niedokładanych zagraniach piętą przez Barrientosa, obiecujące kontrataki Wiślaków biorą w łeb. Facet ma potencjał, ale zamiast na efektowności, powinien skupić się na efektywności.
0 komentarze:
Prześlij komentarz