Saint Patrick's - Legia 0-5. Nie ma się czym podniecać. Dwumecz z Celtikiem pokaże, w którym miejscu jest zarówno Legia, jak i Ekstraklasa
Po kompromitującym remisie w pierwszym meczu z półamatorskim mistrzem Irlandii, Legia w rewanżu zapewniła sobie awans, gromiąc swoich rywali w Dublinie 5-0. Obawiam się, że od jutra zacznie się podniecanie tym wynikiem i pompowanie balonika przed dwumeczem z Celtikiem. A tymczasem dzisiejszym zwycięstwem nie należy się podniecać. Ok, wygląda efektownie, zapewne za 2 tygodnie nikt nie będzie pamiętał o stylu...ale dzisiejsza Legia różniła się od tej sprzed tygodnia tylko (a może i aż) tym, że nie zlekceważyła przeciwnika. Tyle że dalej nie było jakości. Przez większość meczu legioniści się męczyli, nie mieli pomysłu na sforsowanie obrony Irlandczyków, a nawet na poczatku oddawali pole gospodarzom.
Jedynym sposobem na przedarcie się pod bramke rywali były długie piłki za obrońców zagrywane głównie przez Brzyskiego i Rzeźniczaka. Widać było, że taki sposób gry był zamierzony, ale w pewnym momencie swoim niechlujnym wykonawstwem podopieczni Berga zamienili pomysł swojego trenera w karykaturę. Nie można "walić" na oślep piłki bez żadnej refleksji. To nie obrońca ma wymusić podaniem ruch na zawodnikach ofensywnych, ale odwrotnie: Rafović, Duda, Żyro czy Kucharczyk powinni zasygnalizowwać wyjście na wole pole, w które powinna powędrować piłkę. Tymczasem z przodu był przysłowiowy "stojanow". Ponadto na początku brakowało walki w środku pola i tego słynnego pressingu, który zapowiadał od początku swojej kadencji Henning Berg. Symptomatyczne, że pierwsza bramka dla Legii padała po tym, jak w środku pola jej piłkarze przycisnęli rywali, odebrali piłkę i po szybkim rozegraniu podali do Radovicia.
Druga połowa też nie była lepsza do momentu strzelania drugiego gola. Wtedy Irlandczycy całkiem się posypali. W pewnym momencie w obronie było już tylko 3-4 zawodników, co z łatwościa wykorzystywali w kontratakach legioniści. Dla mnie piłkarzem meczu był Duda, po którym widać ogromny potencjał nawet w sytuacji, kiedy wraca po kontuzji, My podniecamy się Koseckim, który zagrał jakiś czas temu jeden dobry sezon i zniknął z radarów, albo Żyro, który miał dobrą wiosnę, ale dziś zasygnalizował powrót do swojej typowej, nijakiej dyspozycji; a tymczasem grę Legii napędza wraz z Radoviciem młody Słowak, który już dziś wciąga nosem i Koseckiego i Żyro. I jakiegokolwiek innego ofensywnego gracza Legii.
Dobra, nie ma sensu się rozpisywać. Cały ten mecz można podsumować jednym określeniem: nie ma powodów do podniecania się. Ciągle gra mistrza Polski jest nijaka, a rywal pokroju Celtiku może obnażyć jego braki. Niemniej jednak nie jest tak, że skazuję Legię na porażkę - nic z tych rzeczy. Pod pewnym względem Warszawianom będzie łatwiej. Dlaczego? bo dziś udowodnili, że nadal nie potrafią grać atakiem pozycyjnym. Ale z kontry już jak najbardziej. Celtic będzie faworytem, Celtic zapewne będzie prowadził grę, ale to Legia może groźnie kontrować.
Poza tym jest jeszcze inny, ciekawszy powód, dla którego warto obserwować ten dwumecz. Jak wiadomo, liga szkocka jest słaba, a Celtic jest jedynym jej dominatorem (pod nieobecność Rangersów), zarówno sportowo i finansowo. Nawet bardziej powszechna jest wiedza o tym, że nasza rodzima Ekstraklasa jest równie słaba (pewnie nawet słabsza), a Legia ostatnio w niej dominuje - zarówno sportowo i finansowo. Wobec tego dwumecz z Celtikiem pokaże nam, w którym miejscu jesteśmy.
Jedynym sposobem na przedarcie się pod bramke rywali były długie piłki za obrońców zagrywane głównie przez Brzyskiego i Rzeźniczaka. Widać było, że taki sposób gry był zamierzony, ale w pewnym momencie swoim niechlujnym wykonawstwem podopieczni Berga zamienili pomysł swojego trenera w karykaturę. Nie można "walić" na oślep piłki bez żadnej refleksji. To nie obrońca ma wymusić podaniem ruch na zawodnikach ofensywnych, ale odwrotnie: Rafović, Duda, Żyro czy Kucharczyk powinni zasygnalizowwać wyjście na wole pole, w które powinna powędrować piłkę. Tymczasem z przodu był przysłowiowy "stojanow". Ponadto na początku brakowało walki w środku pola i tego słynnego pressingu, który zapowiadał od początku swojej kadencji Henning Berg. Symptomatyczne, że pierwsza bramka dla Legii padała po tym, jak w środku pola jej piłkarze przycisnęli rywali, odebrali piłkę i po szybkim rozegraniu podali do Radovicia.
Druga połowa też nie była lepsza do momentu strzelania drugiego gola. Wtedy Irlandczycy całkiem się posypali. W pewnym momencie w obronie było już tylko 3-4 zawodników, co z łatwościa wykorzystywali w kontratakach legioniści. Dla mnie piłkarzem meczu był Duda, po którym widać ogromny potencjał nawet w sytuacji, kiedy wraca po kontuzji, My podniecamy się Koseckim, który zagrał jakiś czas temu jeden dobry sezon i zniknął z radarów, albo Żyro, który miał dobrą wiosnę, ale dziś zasygnalizował powrót do swojej typowej, nijakiej dyspozycji; a tymczasem grę Legii napędza wraz z Radoviciem młody Słowak, który już dziś wciąga nosem i Koseckiego i Żyro. I jakiegokolwiek innego ofensywnego gracza Legii.
Dobra, nie ma sensu się rozpisywać. Cały ten mecz można podsumować jednym określeniem: nie ma powodów do podniecania się. Ciągle gra mistrza Polski jest nijaka, a rywal pokroju Celtiku może obnażyć jego braki. Niemniej jednak nie jest tak, że skazuję Legię na porażkę - nic z tych rzeczy. Pod pewnym względem Warszawianom będzie łatwiej. Dlaczego? bo dziś udowodnili, że nadal nie potrafią grać atakiem pozycyjnym. Ale z kontry już jak najbardziej. Celtic będzie faworytem, Celtic zapewne będzie prowadził grę, ale to Legia może groźnie kontrować.
Poza tym jest jeszcze inny, ciekawszy powód, dla którego warto obserwować ten dwumecz. Jak wiadomo, liga szkocka jest słaba, a Celtic jest jedynym jej dominatorem (pod nieobecność Rangersów), zarówno sportowo i finansowo. Nawet bardziej powszechna jest wiedza o tym, że nasza rodzima Ekstraklasa jest równie słaba (pewnie nawet słabsza), a Legia ostatnio w niej dominuje - zarówno sportowo i finansowo. Wobec tego dwumecz z Celtikiem pokaże nam, w którym miejscu jesteśmy.



