Rywalizacja o mistrzostwo Polski, czyli wyścig ślepego z kulawym
Wszyscy interesujący się Ekstraklasą ostrzyli sobie dziś zęby na korespondencyjną walkę Lecha i Legii o mistrzostwo Polski. "Kolejorz" podejmował Jagiellonię, a Legia grała na wyjeździe ze Śląskiem Wrocław. Biorąc pod uwagę dwupunktową przewagę poznaniaków nad podopiecznymi Henninga Berga, wyobrażaliśmy sobie zaciekłą pogoń tych drugich za pierwszymi, jednak jak się okazało najlepiej wypadł....ten trzeci, który niespodziewanie włączył się walki o najwyższe zaszczyty, czyli Jagiellonia Białystok.
Ostatnio trochę tu monotematycznie, ale czym interesować się w polskiej piłce, jeśli nie walką o mistrzowstwo? Problem w tym, że nawet nie jest to "walka", a wyścig ślepego z kulawym, ewentualnie podchodzi to pod pożegnalną walkę Andrzeja Gołoty (czyli cyrk).
Przed tą kolejką wszyscy zastanawiali się, czy Lech złapał gaz na tyle, że wykorzysta sprzyjający mu terminarz i będzie uciekał Legii, oraz czy ci drudzy w końcu w tym roku odpalą i zaczną grać na miarę oczekiwać. Nie wydarzyło się ani jedno, ani drugie.
Lech miał przed tym weekendem wymarzoną sytuację, czyli dwa punkty przewagi nad największym rywalem oraz cztery mecze u siebie. Dział marketingu "Kolejorza" rozkręcił też akcję #CzteryDychyLecha, któa miała zachęcić kibiców do gromadnego przyjścia na stadion i wspomagania dopingiem swojego zespołu. Nic z tego nie wyszło, bo na Bułgarskiej stawiło się tylko nieco ponad 22 tysiące widzów. Gorzej, że Lech wcale nie wyglądał na drużynę, która za wszelką cenę chce wygrać mecz i zasługuje na tytuł Mistrza Polski. W pierwszej połowie oglądaliśmy tylko 10 minut nawałnicy na bramkę Drągowskiego, która nie zakończyła się bramką.
Gol padł dopiero tuż po przerwie, kiedy zamieszanie w polu karnym wykorzystał wprowadzony na boisko w przerwie Kownacki. Problem w tym, że był na wyraźnym spalonym i bramka nie powinna zostać uznana. Jak się okazało, ten błąd sędziów nie wypaczył wyniku meczu, bo podopieczni Michała Probierza trafili do siatki trzykrotnie i wyszli na pewne prowadzenie. Paradoksalnie, "Kolejorz" wcale nie zepchnął rywala w końcówce do obrony, co jasno pokazuje nie tylko słabość gry ofensywnej lechitów, ale też brak klasowych rezerwowych. Na boisku nie było już wtedy Sadajewa, Pawłowskiego i Jevticia, a podopiczeni Skorży wyglądali jak dzieci we mgle.
Co ciekawe, komentator tego meczu stwierdził po jego zakończeniu, ze Jagiellonia umocniła się na trzecim miejscu, choć była już wtedy w tabeli między Lechem a Legią. Oczywiście nikt nie wierzył, że Legia nie ogarnie się, znając wynik swojego bezpośredniego rywala w walce o mistrzostwo.
Los spłatał figla wspomnianemu komentatorowi i wszystkim pewnym wygranej warszawian, bo mecz we Wrocławiu zakończył się remisem.
Co więcej, "Wojskowi"nie zachwycili w równym stopniu co "Kolejorz". We Wrocławiu również nie obyło się bez błędów sędziego, bo wydaje się, że zarówno gola dla Legii powinno nie być (Sa faulował Celebana), jak i Brzyski nie powinien wylecieć z boiska za czerwoną kartkę (Paixao "przyaktorzył"). Jednak te błędy nie przekreślają faktu, że nawet w momentach przewagi warszawian, nie przycisnęli oni na tyle mocno, by przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Po raz kolejny Ivica Vrdoljak dał dowód na to, że Legia z nim w środku pola już się chyba nie rozwinie. To było kolejne spotkanie z rzędu, w którym Chorwat notował mnóstwo strat. Po paru z nich miało miejsce parę groźnych kontr Śląska. Na dodatek Henning Berg ciągle błądzi, czemu dał dowód robiąc zmianę Żyro na Guilherme jeszcze w pierwszej połowie. Orlando Sa wchodzi na boisko dopiero, gdy trzeba odrabiać straty, co jest co najmniej dziwne, biorąc pod uwagę liczbę goli strzelonych przez Portugalczyka w porównaniu do Marka Saganowskiego.
Po Legii z jesieni, która zachwycała w Lidze Europy, nie zostało wiele i dlatego trudno przewidywać, że warszwianie wygrają już wszystko do końca sezonu.
Z drugiej jednak strony Lech również gra w kratkę, czego dziś empirycznie doświadczył.
| źródło: betexplorer.com |
0 komentarze:
Prześlij komentarz