Za parę miesięcy nikt już o naszej grze nie będzie pamiętał. 4-0 poszło w świat

Są takie mecze, które trzeba wygrać, choć nie idzie. Są również takie spotkania, w których gra się słabo, momentami bardzo słabo, ale wygrywa się wysoko, przez co wynik idzie w świat. Obie te charakterystyki pasują jak ulał do dzisiejszego meczu z Gruzją.

Przed nami wakacje, podczas których odpoczniemy od futbolu reprezentacyjnego i najprawdopodobniej zapomnimy o tym, jak dzisiaj męczyliśmy się z Gruzją. Co więcej, w świat poszedł tylko wynik, więc Irlandczycy i Szkoci, którzy nie oglądali dzisiejszego meczu swoich rywali z Polski, będą się nas jeszcze bardziej obawiać przed jesiennymi meczami. Tymczasem były dzisiaj momenty, w których byliśmy o krok od utraty bramki, a na pewno na chwilę utraciliśmy kontrolę nad tym, co działo się na murawie.

Rozpoczęliśmy z bardzo wysokiego "C". Po 20 minutach powinniśmy już prowadzić 2:0, jednak dwie znakomite okazje zmarnował Lewandowski. O ile przy pierwszej z nich zrobił wszystko książkowo i tylko świetna asekuracje gruzińskiego obrońcy odebrała mu radość z gola, o tyle w drugiej uderzył w środek bramki, ułatwiając interwencję bramkarzowi rywali. Tak czy owak, wydawało się, że bramka wisi w powietrzu. Szybko jednak okazało się, że przy panującym upale narzuciliśmy sobie chyba zbyt wysokie tempo i z czasem coraz mniej było rajdów Grosickiego, Piszczka, Rybusa i "Lewego". Mecz się wyrównał, ale nikt nie spodziewał się tego, co działo się w drugiej połowie.  A wtedy ewidentnie straciliśmy panowanie nad tym, co działo się na murawie Stadionu Narodowego. Gruzili radośnie po nim hasali, a co więcej - atakowali, nic nie robiąc sobie z faktu, że to my jesteśmy faworytami. Odblokowal nas Milik, który pięknym strzałem wykończył ćwiczony na treningach wariant rozegrania rzutu rożnego. Ten sam Milik, który do tej pory, przez godzinę gry był kompletnie niewidoczny.

Po tym golu mogliśmy odetchnąć z ulgą...ale tylko na chwilę, bo rywale z Kaukazu przycisnęli nas jeszcze mocniej. Najgorszy nie był fakt, że to oni mieli inicjatywę, ale to, że sami ją oddaliśmy. Co więcej, zapraszaliśmy Gruzinów we własne pole karne, podając niedokładnie, tracąc piłkę w najprostszych sytuacjach i dając im zbyt wiele miejsca. To było prawie 30 minut drżenia o wynik, przez to, że drużyna Nawałki grała "stojanowa". W międzyczasie do reprezentacji powrócił Kuba Błaszczykowski, który zmienil beznadziejnego Peszkę, oraz wprowadzeni zostali Jodłowiec i Komorowski, co sugerowało nastawienie się na obronę wyniku. Gdy pod bramką Fabiańskiego robiło się coraz goręcej (poprzeczka Gruzinów), udało nam się wyprowadzić kontrę. Znamienny jest fakt, że była to jedna z niewielu naszych akcji w drugiej części meczu ( z może jedyna?), w której spokojnie rozgrywaliśmy piłkę, żeby tylko jej nie stracić. W ten sposób udało się wyprowadzić Milika na czystą pozycję, z której wypuścił "w uliczkę" Lewandowskiego, dając mu możliwość odblokowania się w kadze. Napastnik Bayernu w końcu z niej skorzystał, dobijając rywali,bo tylko tak można wytłumaczyć fakt, że cisnący nas Gruzini w końcówce stracili jeszcze dwa gole, oba autorstwa "Lewego".  Jedną z nich zdobył on po asyście Kuby, który ogólnie dał bardzo dobrą zmianę i  - mam nadzieję - wybił z głowy Nawałce wystawianie w podstawowym składzie Sławomira Peszki.

Tym samym możemy płynnie przejść do cenzurek indywidualnych za ten mecz. Zacznę jednak od tego, że po raz kolejny strzeliliśmy gola ze stałego fragmentu gry. Już dawno nie trafialiśmy po rzutach rożnych i wolnych z taką częstotliwością jak teraz. Chyba ostatnim selekcjonerem, który przywiązywał taką wagę do stałych fragmentów gry był Jerzy Engel. Wypada pochwalić Nawałkę za to, że dostrzegł fakt, że jest to ważny element we współczesnej piłce i że  w przeciwieństwie do swoich poprzedników potrafił wypracować coś w tym temacie na zgrupowaniach. Wszyscy jego poprzednicy z ostatnich lat woleli tłumaczyć się tym, jak mało czasu mają przed meczami na trening stałych fragmentów. Obecny selekcjoner udowodnił, że się mylili.
Zacznę od dwóch facetów, którzy zapisali się dziś w protokole: Milik i Lewandowski. Ten pierwszy zanotował dwie asysty i gola, mimo że był na murawie niewidoczny. I chwała mu za to.  Lewy w końcu się odblokował i wypada tylko mieć nadzieję, że z lepszymi rywalami też ukłuje. Niezły mecz - mimo swojej nieskuteczności - zanotował Grosicki, który chyba w końcu wspiął się na poziom reprezentacyjny. Wcześniej, nawet gdy brylował w Turcji, w kadrze zawodził. Wydaje się także, że Thiago Cionek nie musi już być alternatywą dla pary Glik - Szukała. Pazdan zaprezentował się dziś na tyle dobrze, że daje podstawy do twierdzeń, że nawet docelowo mógłby grać w parze z Glikiem. Pozytywnie wypadł też Fabiański, który może nie miał bardzo wiele pracy, ale wybronił to, co miał wybronić. Największymi zaskoczeniami w składzie byli Rybus na lewej obronie i Mączyński. Pierwszy z nich w pierwszej połowie podłączył się parę razy do akcji ofensywnych, ale widać było, że jest jednak niepewny tego, czy przypadkiem pod jego nieobecność z tyłu nie będzie kłopotów. W defensywie w sumie nie został sprawdzony i może to i dobrze. Mączyński wypadł blado, bardzo blado. Pewnie większość z Was zastanawia się, co ten koleś robi w kadrze, a odpowiedź jest prosta. Każdy trener lubi mieć w swoim zespole zawodnika, który może nie jest wirtuozem, ale potrafi wykonać co do joty to, czego od niego się wymaga. Mączyński gra raz lepiej, a raz gorzej, niemniej jednak jest zaufanym człowiekiem, który daje Nawałce pewność. Linetty jest bardziej przyszłościowy i mam nadzieję, że niebawem zawita do pierwszego składu kadry, ale podczas zgrupowania selekcjoner musiał dostrzec u niego coś niepokojącego, co nie pozwoliło mu zaufać pomocnikowi Lecha na tyle, by znalazł się w składzie.

Najsłabszym naszym ogniwem był dziś zdecydowanie Peszko. Nie wiem, czy była umotywowana jego obecność w pierwszym składzie: być może tym, że z Irlandią wypadł nieźle, a być może tym, że selekcjoner nie chciał pokazać Kubie, że w pierwszym meczu po powrocie nalezy mu się pierwszy plac, tym bardziej po tych wszystkich fochach. W każdym razie o ile Grosicki wprowadzał chaos  w szeregi obronne przeciwnika, o tyle Peszko wprowadzał chaos w naszych szeregach. Dość mam jego niechlujnej gry i podań do przeciwnika albo w aut. Zupełnie nie dziwi mnie fakt, że nie poradził sobie w Bundeslidze. Tak jak wspomniałem wcześniej, mam nadzieję, że Błaszczykowski wybił z głowy sztabowi szkoleniowemu taki ruchy w przyszłości. Naszej piłki, tak ubogiej w indywidualności, które potrafią pociągnąć do przodu całą kadrę, po prostu nie stać na marnowanie potencjału skrzydłowego Borussii.

Mamy dziś szczęście. Nie dość, że mimo słabej gry, rozgromiliśmy dziś Gruzję, to Irlandia zremisowała ze Szkocją i powiększyliśmy dzięki temu przewagę nad Szkotami do 4 punktów.
Teraz czas na sparing z Grecją, a we wrześniu jedziemy do Niemiec.

Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz