Echa finału LM: Barcelona zyskała kolejne trofeum, Juventus odzyskał reputację
W Berlinie Barcelona udowodniła, że w tym sezonie była zdecydowanie najlepsza w Europie. Tak jak w przeciągu całego roku, tak i w decyduącym meczu w stolicy Niemiec, Katalończycy notowali wzloty i upadki.
W trakcie rozgrywek podopieczni Luisa Enrique wpadli w dołek w grudniu i zaczęli się z niego wygrzebywać dopiero po ok. miesiącu, po porażce z Realem Sociedad San Sebastian. W finale Ligi Mistrzów Barcelona była w opałach dopiero po niecałej godzinie trwania spotkania. Po golu Moraty Juventus miał swoje 15 minut, ale było to za mało na Blaugranę i jej tercet Suarez - Messi - Neymar, który grał jak natchniony.
Co można jeszcze napisać o finale? Był bardziej jednostronny niz można było się spodziewać. Mimo wszystko wszyscy łudziliśmy się przed meczem, że będzie on zacięty i wyrównany do samego końca, podczas gdy okazało się, że od początku już taki nie był. Bramka Rakiticia w 4. minucie zrujnowała całą konepcję gry Juventusu, a Arturo Vidal zirytował się chyba do tego stopnia, że stracił rozum i przez swoją zbytnią agresywność o mały włos nie dostał czerwonej kartki.
Barcelona de facto kontrolowała prawie cały mecz, oprócz wspomnianych 15 minut po bramce Moraty. Szkoda, że mecz był tak jednostronny, ale Katalończycy w pełni zasłużyli na to własną grą. Południowoamerykański tercet jest teraz najskuteczniejszym atakiem na świecie i chyba też najbardziej widowiskowym. O ile na początku sezonu mogło się wydawać, że każdy ze składającycch się na niego atakujących, będzie starał się wszystko podporządkować sobie, o tyle w praniu wszystko wyszło bardzo przyjemnie: Messi, Neymar i Suarez współpracują aż miło. Największym problemem Luisa Enrique wydaje się obrona i krótka - mimo wszystko - ławka rezerwowych. Co więcej, jak na razie Barcelona nie może dokonywać transferów przez nałożony na nią przez UEFA zakaz, A przy stosunkowo wąskiej kadrze trudno będzie wytrzymać przyszły sezon, a przecież odchodzą jeszcze Xavi i Dani Alves.
Na finał możemy spojrzeć także z innej strony. Barcelona - owszem - wygrała najważniejsze klubowe trofeum na Starym Kontynencie (a może i na swiecie), jednak wydaje się, że więcej zyskał Juventus. Dlaczego? Otóż dlatego, że od paru ładnych lat wiadomo, że w Katalonii istnieje wielki klub zawsze walczący o najwyższe cele i przyciągający najlepszych piłkarzy na świecie. Jednak Juventus i całe "Calcio" przeszły ostatnio drogę przez mękę, która zaczęła się w momencie wykrycia gigantycznej afery "Calciopoli", w której działacze Juve odgrywali najważniejszą rolę. "Stara Dama" musiała wygrzebywać się z Serie B, a sama Serie A straciła bardzo wiele na konkurencyjności względem innych największych lig Europy. Liga włoska była postrzegana jako archaiczna, a jej zespoły uznawano za niezdolne do walki o najwyższe europejskiej trofea. Nawet przekonanie Teveza czy Llorente do transferów do Włoch graniczyło z cudem. To nie te czasy, kiedy kluby Serie A było rekordy transferowe, kupując zawodników będących na topie. A jeśli Calcio kogoś "wyprodukowało", jak na przykład Marco Verattiego, to za chwilę traciło go na rzecz tak "potężnych" lig jak francuska. Teraz Juventus udowodnił, że może wszystko, także w europejskich pucharach. Efekt? transferu Paulo Dybali i Samiego Khediry w tydzień po finale Ligi Mistrzów. Może nazwiska nie powalają na kolana, bo pierwszy dopieero w Europie się rozkręca, a drugi został odpalony z Realu, ale w rzeczywistości nie można lekceważyć żadnego z nich. Wszak Khedira jest podstawowym piłkarzem reprezentacji mistrzów świata, a i u Allegriego nie będzie otoczony samymi technicznymi wirtuozami, na któych tle blado wypadał w Madrycie. Z kolei Dybala miał fantastyczny pierwszy sezon w Europie w barwach Palermo, więc naturalną koleją rzeczy było sprawdzenie się w topowym klubie, takim jak Juve.
Tak na prawdę przyszły sezon wszystko zweryfikuje. Zarówno to, czy "Stara Dama" zdolna jest do regularnej gry na tym poziomie, jak i to czy Barcelona Luisa Enrique - zgodnie z przewidywaniami co poniektórych ekspertów - jest w stanie zdominować rozgrywki klubowe tak, jak drużyna stworzona parę lat temu przez Pepa Guardiolę.
0 komentarze:
Prześlij komentarz