Finał LM: Czy Juventus znowu nas zaskoczy?

Właściwie to mecz z gatunku tych, które nie wymagają zapowiedzi. Dziś o 20:45 oczy całego piłkarskiego świata zwrócone będą na Berlin, gdzie w finale Ligi Mistrzów Barcelona zagra z Juventusem Turyn. Teoretycznie, Blaugrana wydaje się być zdecydowanym faworytem. A w praktyce? W praktyce, Juventus powinien był odpaść już  w półfinale z Realem.

Juve to trochę drużyna paradoksów. Turyńczycy właśnie zdobyli swoje czwarte Scudetto z rzędu, ale dopiero po raz pierwszy w tym okresie czasu zawojowali Ligę Mistrzów. Poprzednie trzy tytuły "Stara Dama" zdobyła pod wodzą Antonio Conte, który wydawał się być wschodząca gwiazdą trenerską, zwiastunem geniuszu, który może dorównać Jose Mourinho, Alexowi Fergusonowi, Pepowi Guardioli czy chociażby Jurgenowi Kloppowi. Jednak o ile Juventus dominował w Serie A, o tyle w Lidze Mistrzów odpadał zanim doszło do decydujących meczów: w ubiegłym sezonie już w fazie grupowej, a dwa sezony temu w ćwierćfinale. U progu obecnych rozgrywek Conte odszedł z Juventusu, zostając selekcjonerem Squadra Azzura, jednak de facto już wcześniej dochodziło do zgrzytów na linii trener - zarząd, gdy ten pierwszy domagał się rozrzutności na rynku transferowych, sugerując, że bez większych wydaktów nie będzie sukcesów w pucharach, których chcą i kibice i zarząd.
Nowym trenerem klubu z Turynu został Massimiliano Allegri, ten sam, który nieco w niesławie odszedł z Milanu. Nie dość,  że spodziewano się kolejnego sybkiego zakończenia gry w pucharach, to uważano, że być może to jest sezon, w którym hegemonia "Starej Damy" zostanie przerwana przez Romę lub mające mocarstwowe plany Napoli. Futbol po raz kolejny pokazał jednak, że niczego nie można w nim przewidzieć, bo nie dość, że Juventus nadal dzieli i rządzi w Serie A, to jeszcze na dodatek w końcu zagrał na miarę oczekiwań w Lidze Mistrzów.

A Barcelona? Osierocona parę lat temu przez Guardiolę, długo nie mogła wrócić do najlepszych chwil walcząc o najwyższe cele. Przed tym sezonem do klubu wrócił Luis Enrique, tym razem pojawiając się w nim w roli trenera po całkiem udanej przygodzie z Celtą Vigo i rozczarowującym sezonie w Romie. Nie da się ukryć, że mianowanie trenerem akurat jego miało być kopią ruchu z Guardiolą, który wypalił z wielkim hukiem, robiąc z Barcelony najbardziej utytułowany klub w tym stuleciu. Obaj to piłkarze - legendy klubu oraz trenerzy drugiego zespoły, z którym osiągali całkiem dobre wyniki. Różnica polega na tym, że droga Luisa Enrique do stołka trenerskiego Dumy Katalonii wiodła jeszcze przez Rzym i Vigo. Nowy trener Blaugrany dostał do ręki potężne narzędzie - tercet Mesii - Neymar - Suarez. Urugwajczyk długo nie mógł odpalić, ale teraz chyba nikt nie ma złudzeń, że to trio obecnie znacznie przywyższa konkurencyjną trójkę z Madrytu: Cristiano - Benzema - Bale.
Sam Luis Enrique był już na wylocie z klubu na początku tego roku. Po serii meczów ze słabymi wynikami plotkowano o jego konflikcie z Leo Messim....a nikt w tym klubie nie ma prawa być ważniejszym od Argentyńczyka. O ironio, parę dni po tym, jak szkoleniowcowi miano postawić ultimatum, rozpoczęła się zwycięska seria, którą Barcelona z małymi wyjątkami kontynuuje do dziś.

Trudno powiedzieć, jaki wynik dziś padnie. Nieziemsko skutecznemu tercetowi z Katalonii Juve może przeciwstawić mocny środek pola w składzie Pirlo - Pogba - Marchisio - Vidal oraz będących w niesamowitym gazie Teveza i Moratę. Zresztą tego drugiego Hiszpanie boją się najbardziej po tym, jak w półfinale właściwie w pojedynkę wyeliminował Real.
Faworytem medialnym jest bez wątpienia Barcelona, jednak może i tym razem futbol udowodni, że w nim niczego nie można przyjąć za pewnik?

Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz