Polska - Czarnogóra 1-1, czyli kolejne przegrane eliminacje
Inauguracja mojego bloga przypada na dzień, w którym wszyscy kibice piłkarskiej reprezentacji rozpamiętują wczorajszą porażkę (tak, wczorajszy remis to w istocie porażka) z Czarnogórą i pastwią się nad rodzimym futbolem. Wprawdzie nie łudziłem się, że będzie inaczej, bo kadra Fornalika od jakiegoś czasu już znajdowała się w agonii, jednak milej byłoby prezentować Wam to, co znajdzie się na tym blogu, w atmosferze nadzieji na wyjazd drużyny narodowej do Brazylii.
A telegraficznym skrócie: znajdziecie tutaj komentarze do (prawie) wszystkich ważnych wydarzeń w piłce międzynarodowej i polskiej (wszak koszula bliższa ciału). A więc nie tylko o reprezentacjach, ale także o meczach europejskicj pucharów, najważniejszych lig europejskich a także naszej polskiej Ekstraklasy, która "Ekstra" jest tylko z nazwy. Jako że mam słabość do dwóch drużyn: Realu Madryt i Wisły Kraków, często będą się tu pojawiać opisy meczów (jeśli tylko będę miał możliwość obejrzenia) i komentarze do transferów itp. Z czasem pojawi się cykl groundhopperski. Po tym przydługim wstępie czas przejść do tematu z pierwszego akapitu.
Wbrew pozorom wczorajszy remis nie jest porażką ze względu na to, że nie pojedziemy na MŚ do Brazylii. O tym wiedzieliśmy już przynajmniej od czerwca, jesli nie od marcowej porażki z Ukrainą. Z Czarnogórą beż Joveticia, Delibasicia i od 36 minuty bez Vucinicia mieliśmy obowiązek wygrać, mając właściwie na każdej pozycji piłkarza lepszego/grającego w lepszym klubie. O ile jednak w pierwszej połowie sytuacji podbramkowych mieliśmy od groma, o tyle w drugiej było z tym marnie, a bliżej zdobycia gola byli nawet goście. Dla nas pozostają wspomnienia o krótkotrwałej, 30-sekundowej ekstazie po nieprawidłowo zdobytej bramce Błaszczykowskiego i niepodyktowanym rzucie karnym. Tylko czy ewentualne zwycięstwo po tym nieprawidłowym golu zmieniłoby cokolwiek w funkcjonowaniu polskiej reprezentacji? Co najwyżej przedłużyłoby agonię tej drużyny poprzez wywołanie płonnej nadzieji na zwycięstwa w Kijowie i na Wembley. Na co nie mamy szans...
Na znęcanie się nad Waldemarem Fornalikiem przyjdzie jeszcze czas. Zresztą jutro zamierzam wrzucić tutaj tekst o tym, jak tonący w ostatnich miesiącach selekcjoner próbował łapać się brzytwy (czytaj: chaotycznych powołań i zmian w kadrze) i jak bardzo przerosła go rola selekcjonera. Wobec powyższego i ogólnego marazmu polskiej piłki czas na kilka pochwał po wczorajszym meczu, a zasłużyli na nie Błaszczykowski, Zieliński, Klich i Lewandowski.
Zacznę nie pokolei, czyli od tego ostatniego. "Lewy" w końcu się przebudził i zagrał naprawdę niezły jak na niego mecz w kadrze. Szkoda tylko, że nie wytrzymał nerwowo i musiał po bramce wykonać gest uciszania krytyków, którzy w jego wyobraźni "chcą się na krytyce pod jego adresem wypromować". Moim zdaniem takiemu zachowaniu najlepszego polskiego piłkarza, który - nie ma co ukrywać - jest wzorem dla wielu dzieciaków, media powinny chyba poświęcić więcej miejsca, zestawiając to z całą serią głupich wypowiedzi od EURO 2012. Zapewne jednak to się nie wydarzy, a szkoda.
Kuba wczoraj o mały figiel nie przedłużył agonii zespołu, któremu kapitanuje, a i cały mecz można uznać za dobry w jego wykonaniu. Cokolwiek by o nim nie mówić, wliczając w to wspomnienie o "aferze biletowej" po EURO, Błaszczykowski jest jednym z niewielu piłkarzy tej kadry, o którym zawsze można powiedzieć, że wypluwa płuca dla zespołu w każdym meczu od pierwszej do ostatniej minuty.
Z kolei Klich z Zielińskim udowodnili, że warto na nich postawić i że reprezentacja z nimi ma przed sobą przyszłość. Choć tego ostatniego sformułowania mam dość, bo nadużywa go trener Fornalik, to jednak trzeba przyznać, że coś w tym jest. O ile Klich utrzyma miejsce w Zwolle, a Zieliński będzie grać częściej w Udinese, warto na nich stawiać. Oczywiście z zastrzeżeniem, że jednak trudno będzie w każdym meczu grać jednym defensywnym pomocnikiem przy tak beznadziejnej obronie.
We wtorek mecz z San Marino, który zapewne wysoko wygramy, bo kto nie wygrywa wysoko z San Marino? Jestem właściwie pewien, że po tym meczu znów rozpoczniemy liczenie punktów i tworzenie scenariuszy w naszej grupie. Mam jednak nadzieję, że nikt się juz na to nie nabierze. Najbliższy turniej, na który mamy szanse się zakwalifikować, to EURO 2016 we Francji.
0 komentarze:
Prześlij komentarz