Polska - Słowacja 0-2. Nawałka ma o czym myśleć

Nikt przy zdrowych zmysłach nie spodziewał się cudu, mimo że media zaklinały rzeczywistość i panował hurraoptymizm. Nie było chyba też jednak takich pesymistów, którzy przewidywaliby, że 0-2 to najniższy wymiar kary, jaki spotkał Polaków dziś we Wrocławiu. Najniższy, bo Słowacy kilka razy wychodzili sam na sam z Borucem i tylko ich nieskuteczność oraz niezły refleks naszego golkipera ratowały nas przed utratą większej liczby bramek.

Niestety, w pierwszym meczu nowego selekcjonera ujrzeliśmy stare grzechy kadry. Już za kadencji Waldemara Fornalika, a nawet Franciszka Smudy, normą była dobra gra przez krótki fragment spotkania. Dziś też ujrzeliśmy 25 minut obiecującej gry, a później nagłe załamanie, którym pozwoliliśmy się rywalom rozkręcić. W pewnym momencie pierwszej połowy nasza gra w obronie wyglądała komicznie, bo nie było chwili bez podania do przeciwnika, lub innego haniebnego błędu.
Innym dawnym grzechem, którego się nie pozbyliśmy, było stwarzanie zagrożenia tylko po indywidualnych akcjach. Za dużo było indywidualizmu w niektórych poczynaniach Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Soboty, którzy w kilku kontratakach mogli podać zamiast samemu szukać strzalu.
Jak zwykle właściwie nie stworzyliśmy również zagrożenia po stałych fragmentach gry, mimo że samych rzutów rożnych mieliśmy 10.Wyjątkiem potwierdzajacym niechlubną regułę był  bodajże ostatni rzut rożny egzekwowany przez Brzyskiego, po którym zakotłowało się pod bramką Kozacika.

Jakieś pozytywy? Trudno powiedzieć. Na pewno nie było tak, że piłkarze w ogóle nie starali się wykonać tego, co wpajał im podczas zgrupowania selekcjoner. W początkowych fragmentach meczu starali się stosować pressing, niestety rzadko był on skuteczny. Dlaczego? Ano dlatego, że zamiast przemyślanego pressingu wszystkich piłkarzy lub całej formacji, zazwyczaj było tak, że jeden czy dwóch piłkarzy biegło "na dzika" na rywali, a reszta raczej ten pressing pozorowała. Każdy trener powie, że pressing jest udany tylko i wyłącznie wtedy, kiedy cała drużyna stosuje go jak jeden mąż. Jeśli robią to tylko niektórzy piłkarze, to wręcz przynosi on skutek odwrotny od zamierzonego, bo taki zespół łatwiej rozklepać. I to dziś Słowacy parokrotnie zrobili. Pozytywem było też na pewno wejście Brzyskiego, który nie musi wstydzic się swojej gry w dzisiejszym meczu. Obawiam się tylko, że marne to pocieszenie.

Oprócz wspomnianego Brzyskiego, który grał ok. 25 minut, najszym najlepszym piłkarzem był Boruc. Znamienne - naszym najlepszym zawodnikiem był bramkarz. Defensywa, niestety, wołała o pomstę do nieba. W ciągu pierwszych, udanych 25 minut gry, można było przecierać oczy ze zdumienia i myśleć, że nie tacy Olkowski i Kosznik straszni, jak ich malują. Niestety szybko przyszło zaprzeczenie tej tezy, bo chwile później pierwszy z nich zaczął być ogrywany po prawej stronie jak dziecko i z tego wynikły pierwsze dwie bramki. Oczywiście nie tylko Olkowski zawinił, bo przy pierwszym golu cała reszta obrony również dała się wkręcić, a przy drugim bardzo mocno pomylił się również Kamiński. Wspomniany wcześniej Kosznik niestety dał się parę razy objechać, choć i tak wypadł chyba nieco lepiej niż jego kolega z przeciwnej strony defensywy. Jędrzejczyk i Kamiński meczu też nie zaliczą do udanych, a wiele prostopadłych piłek,z których wynikały sytuacje sam na sam z Borucem, to wina zarówno ich, jak i defensywnych pomocników. Z dwójki Krychowiak - Jodłowiec lepiej wypadł, o dziwo, ten drugi. Piłkarz Legii zanotował więcej odbiorów, raz nawet groźnie uderzył z dystansu.

Nasi ofensywni piłkarze zagrali niestety tak samo bezproduktywnie, jak jeszcze niedawno pod wodzą Fornalika. Czasem zbyt dużo było indywidualizmu, a czasem po prostu brakowało pomysłu. Mierzejewski starał się być co prawda aktywny, jednak jego aktywność najbardziej obrazowo można opisać stwierdzeniem, że biegał jak Żyd po pustym sklepie.

Pod koniec meczu staraliśmy się grać dwoma napastnikami, po tym jak na boisko wszedł Marcin Robak. Widzieliśmy również ciekawy pomysł na Kubę Błaszczykowskiego w środku pola za Robertem Lewandowskim. To rozwiązanie może być przyszłościowe w sytuacji, gdy w dalszym ciągu Mierzejewski nie przebudzi się w kadrze, a nieobecni dziś Klich i Zieliński będą zawodzili.

Podsumowując, żal było patrzeć dziś na reprezentację popełniającą ciągle te same grzechy. Z drugiej jednak strony nie można było liczyć, że wraz z nominacją Nawałki na selekcjonera wszystko odmieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trzeba poczekać na efekty i mieć nadzieję, że one nadejdą, w przeciwiństwie do tego, co było za kadencji Fornalika. Okazja do rehabilitacji we wtorek w Poznaniu w meczu z Irlandią. I wtedy będzie cieżko, bo Wyspiarze grają futbol siłowy, oparty na walce, który - nie oszukujmy się - zawsze nam nie leżał. Mimo że nie jesteśmy nacją finezyjną piłkarsko, to w walce wręcz  z Wyspiarzami zawsze odstawaliśmy.

Na koniec, z kronikarskiego obowiązku podsumowanie meczu za 90minut.pl:

15 listopada 2013, 20:45 - Wrocław (Stadion Miejski)
Polska 0-2 Słowacja
Juraj Kucka 31, Róbert Mak 39

Polska: 1. Artur Boruc - 14. Paweł Olkowski, 3. Artur Jędrzejczyk, 21. Marcin Kamiński, 15.Rafał Kosznik (87, 17. Adam Marciniak) - 16. Jakub Błaszczykowski, 8. Grzegorz Krychowiak(87, 24. Michał Pazdan), 6. Tomasz Jodłowiec (76, 11. Krzysztof Mączyński), 18. Adrian Mierzejewski (67, 2. Tomasz Brzyski), 5. Waldemar Sobota (75, 20. Marcin Robak) - 9. Robert Lewandowski.

Słowacja: 23. Matúš Kozáčik - 2. Peter Pekarík, 3. Martin Škrtel, 4. Ján Ďurica, 15. Tomáš Hubočan - 20. Róbert Mak (63, 21. Michal Ďuriš), 19. Juraj Kucka (90, 16. Kornel Saláta), 22.Viktor Pečovský (90, 9. Stanislav Šesták), 17. Marek Hamšík (85, 5. Marián Čišovský), 10.Miroslav Stoch (75, 18. Dušan Švento) - 11. Adam Nemec (63, 7. Marek Bakoš).

żółte kartki: Škrtel, Hamšík, Pekarík.

sędziował: Marco Borg (Malta).
widzów: 40 605.



Share this:

CONVERSATION

0 komentarze:

Prześlij komentarz